Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Blok ceglany’ Category

duszenie

Czy tylko ja bywam sfrustrowaną partnerką, czy każda kobieta chce czasem udusić swojego chłopa?

Czasem mam wrażenie, że ten mój chłop to zasługuje tylko na uduszenie. Chociaż lekkie podduszanie – i nie mówię tu o seksualnej fanaberii.

Rozmawiamy rano.

J: Ja dziś po południu prawdopodobnie jadę do Wrocławia. A jeśli uda mi się nie pojechać, to przypominam, że mamy dziś wieczór firmowy integracyjny i że jesteś zaproszona.

Ja: O, to miło, ale.. tak zupełnie szczerze – nie obraź się kotku – chyba nie mam ochoty iść i oglądać niektórych osób (Mam na pieńku z jedną osobą… szkoda gadać).

J: Ale jesteś zaproszona, wszyscy przychodzą z drugimi połówkami, chodź.

Ja: Ok.

To tak w skrócie, nie będę tu dialogu do teatru rozpisywać.

Godz: 15, rozmawiamy, J: „Wyszedłem ze szkolenia, dam ci znać czy jadę do Wrocławia, czy wychodzimy razem na ten wieczór firmowy.”

Godz. 18, J: „Jestem na kręgielni z ludźmi z firmy, przyjedziesz po mnie o 19.30?”

Moje reakcja przewidywalne do kwadratu. Nie będę opisywać, bo każda laska zareagowałaby tak samo. J:  „ALE O CO TY SIĘ ZŁOŚCISZ?”

Noż kurde!

Godzina 19.30, idę z Agatą do samochodu, żeby po niego jechać: „Czemu nie przyjechałaś wcześniej?Przecież specjalnie ustawiłem wszystko wcześniej, żebyś mogła być z Agatą.”

No to jakżesz, kurde, mam tam być czy nie być?!? Wystroiłam się jak stróż na boże ciało, spakowałam Agatę, picioka, przegryzki, pieluszkę na wszelki wypadek, lalkę i zabawkę, jestem w drodze – wolę już tam pojechać. J: „To nie przyjeżdzaj.”

A teraz to on ma focha, bo to ja „nawaliłam, bo nie przyjechałam i się teraz czepiam”.

Aaaaaagh! Czy są jakieś kursy dla zdurniałych chłopów pt. „Jak rozmawiać z kobietą?” ?!?!

Read Full Post »

27

Tak.

W tym wieku Kurt Cobain odstrzelił sobie pół twarzy, Jimmi Hendrix, Jim Morrison i Janis Joplin zakrztusili się swoimi alkoholowymi wymiocinami, a Amy Winehouse i Layne Staley zaćpali na śmierć.

Pewnie pokręciłam jakieś fakty, ale ja nigdy nie słynęłam z dokładności 😉

A ja?

Moim największym osiągnięciem jest półtoraroczna Glizdeczka śpiąca w pokoju obok, związek z miłością mojego życia – J. oraz rodzący i rozkręcający się  wielkich bólach sklep internetowy. Praca twórcza?

ZERO. Nul.

Odstaję troszkę od tamtych „muzyków przeklętych” i zapewne dlatego dane mi będzie pożyć trochę dłużej :> Miałam być wielką pisarką, ale to chyba każdy student filologii śni o karierze literackiej. Potem kończy się na nieszczególnie popularnym blogu 😛 Ale to nic. Bo…

Szczerze? Po raz pierwszy czuję, że zaczyna się „time of my life”! 😀

Rozkręcę ten biznes, będę odnosić sukcesy, będziemy mieli drugie dziecko i napiszę książkę (niejedną!). Spełnią się moje marzenia. Jakoś tak mi psychicznie i fizycznie ze sobą dobrze. 😀

Dziś w to wierzę.

Read Full Post »

Pakowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie oraz jednoczesna opieka Brombą i gotowanie dla niej przerosło mnie logistycznie. Sajgon to przedszkole dla dzieci z dobrych domów w porównaniu z tym, co się działo na warszawskim Bródnie w piątek.

Wróciłam do domu w czwartek wieczorem i widok brudów zwisających z żyrandola zwalił mnie z nóg. Napaleni na romantyczny wieczór z J. olaliśmy sprzątanie i… romantycznie zasnęliśmy na kanapie. Przed telewizorem. Panie i panowie, oto rodzina Bundych.

W piątek rano śniadanie było z resztek z lodówki. Drugie śniadanie dla Agaty – też. I zupka z wcześniej zrobionego weka. Wpadłam też na genialny pomysł, żeby zaimpregnować sobie buty i – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn – zrobiłam to w łazience. Łazienka 2×2 m, ja nasmrodziłam, że hej; a zdychający wentylatorek nie dawał rady. No to siup: Bromba w gruby sweter i robimy przeciąg. W takim zimnie szalałam, dopakowałam nas, posprzątałam i modliłam się, żeby od chemii z impregantu nie wyrosła Agacie na plecach trzecia rączka.

Nie wyrosła – na razie, tfu, tfu.

Dziwnym trafem zdążyliśmy też na samolot (ale to tylko dlatego, że miał 40 min. opóźnienia).
Ale na lotnisku wcale nie było zabawnie.

Warszawa-Modlin, tanie linie, tania wykładzina i tania firma ochroniarska, która robi kontrolę. My z dzieckiem – wyjątkowo wzięliśmy wózek, żeby więcej rzeczy zabrać 😉 (tak, tak, skąpi też jesteśmy niczym rodzina Bundych i latamy zazwyczaj tylko z bagażem podręcznym :P). Najpierw J., z Agatą na ręku, a u Agaty w rączce – lala. Taka niezawielka szmacianka.
Ochrona: Pan się rozbierze. (J. się rozebrał) I dziecko (rozebrał). Pan przejdzie przez bramkę (Przeszedł. W tym czasie ja się rozebrałam i boso – kosz z ochroniaczami na stopy daleeeeko po drugiej stronie bramki – wyciągnęłam wszystkie rzeczy z wózka do prześwietlenia i złożyłam go.

Ochrona: Ale ten wózek się nie zmieści, już go Pani przewoziła?

Ja: Tak.

O: W całości był kontrolowany?

Ja: Nie, rozkręcaliśmy kółka.

O: Aha. No, to teraz Pani przejedzie z nim przez bramkę, jak już był kiedyś kontrolowany.

(No to idę. Ze złożonym wózkiem, jadę na 2 kółeczkach.)

Ochona do J: No ale jak Pan idzie?!? Sam, bez dziecka, do wózka go Pan wsadzi. (Wrócił. Chce wsadzić dziecko, ale wózek złożony, więc daje Brombę mi. Przeszedł.) A teraz z dzieckiem! (Wrócił, wziął dziecko, Agata już zdezorientowana i nieco niepewna). Ale bez lalki, co mi tu Pan! Lalka do prześwietlenia. (Podszedł, wyrwał Agacie lalkę i rzucił koledze do prześwietlenia. Agata w ryk, a ja prawie rzuciłam mu się do gardła. Oczywiście jełop cofnął mnie, pytając: Ale gdzie z wózkiem przez bramkę?! Cofnąć się!

Ja: Pana kolega mi kazał.

Ochrona: Ale jak to?

Ja: No tak to.

Ochrona: To Pani jedzie.

Ja: Przepraszam, dziecko płacze.

J. już zajął się dzieckiem, odebrał szybko lalę i pocieszył Brombę. A przy okazji poznał nazwisko przemiłego Pana, na którego właśnie piszemy skargę.

W lalce nie było bomby ani narkotyków, za to był płacz dziecka po jej odebraniu – bo mogliśmy zabrać ją spokojnie i prześwietlić, nie trzeba było wyrywać jej dziecku.

Za to na pokład (poza tą okrutnie niebezpieczną lalą) wnieśliśmy scyzoryk, składany nóż, zapalniczkę i 125 ml płynu w picioku dla dziecka oraz żywność (banan i kanapka dla A.).

Gratuluję modlińskiej firmie strzegącej bezpieczeństwa na lotnisku.

Read Full Post »

pomoc

Skomlę i piszczę: „pomóżcie mi!”. Bo jestem młodą mamą, mam na głowie rozbrykane dziecko, cały dom, sprzątanie, obiadowanie i 4 inne posiłki dla dziecka, zakupy, chcę pracować, jestem mega przemęczona, nie przespałam nocy od ponad 1,5 roku i ogólnie nie mam czasu, żeby się po d***e podrapać…

Czasem jednak zastanawiam się, kto tak naprawdę potrzebuje pomocy.

Ja czy moja mama, którą tak strasznie boli kręgosłup, że nie może wrzucić bez bólu marchewki do zupy? Która też ma na głowie dom, a w nim swojego schorowanego ojca?

Ja czy mój marudny ojciec, którego coś boli w boku i wzdyma, ale jest chory na łakomstwo i pomimo bólu nie potraf się oprzeć pokusie i nie zjeść tego ciasteczka? Tak, to już jest choroba, patologiczne łakomstwo, obżarstwo połączone z marudnością, upierdliwością i po prosty byciem niemiłym dl najbliższych.

Ja czy umęczony J., którego własna firma doprowadza do nerwicy? Umęczony, przemęczony, zdenerwowany, zestresowany…

Ja czy szalona „teściowa”, która sama sobie narobi problemów, z których J. ją musi wyciągać, bo po prostu nie opanowała trudnej sztuki życia?

Smutno mi. Oni wszyscy tacy nieszczęśliwi, że nawet mnie optymizm opuszcza. Oni wszyscy – i z drugiej strony ja. W kwiecie wieku, u szczytu sił witalnych i psychicznych, w szczytowym momencie mojego życia. Mogę udźwignąć i zrobić tyle, ile nigdy wcześniej. Nie odpuszczam. Nie obniżę wymagań dla siebie.

Ale czy dam radę…?

 

Read Full Post »

Moja córka od jakiegoś tygodnia mówi do mnie po imieniu. Tzn. używa skróconej i zdrobnionej formy. Hm… Tak wyluzowana to ja nie jestem i jednak wolę tradycyjne „Mamo, mamo, maaaamo, mamooooooo!”.

Jestem w moim domu bez kozy. Normalnie szał, choć okazuje się że jednych obowiązków ubywa, a innych przybywa… Rozmnażają się przez pączkowanie chyba. Ale dowcipu z kozą użyłam zupełnie nieświadomie, nie wiedząc, że w tym samym tygodniu wykorzystają go również PR-owcy PiSu. Teraz się już do dowcipu NIE przyznaję i NIE będę go wykorzystywać 😛

I to koniec tej notki, bo idę wykorzystywać słoneczny październik, czego i Wam życzę. A im bardziej go wykorzystuję siedząc z Brombą na dworze, tym więcej obowiązków się piętrzyw domu. I mimo wszystko – Enjoy!

Read Full Post »

4 pokolenia pod jednym dachem

Jest taki żart o Żydzie, któremu ciasno w domu z trójką dzieci i żoną. Znacie? (Jak nie – to Wam opowiem. A jak znacie, to i tak opowiem, żeby wstęp do mojej historii trzymał się kupy i wcale, ale to WCALE nie będę się przejmować faktem, że nie umiem opowiadać dowcipów i że wyjdzie to na jaw. Ale do rzeczy.) Więc ten Żyd idzie do Rabego, a Rabe radzi mu wziąć jeszcze kozę do domu. Żyd oczywiście robi tak, jak kazał Rabe, ale po tygodniu nie wytrzymuje i przychodzi ze skarga do Rabego, że teraz jest mu jeszcze gorzej i jeszcze ciaśniej. „No to teraz oddaj kozę”. Żyd oddaje i… następnego dnia wraca do Rabego z podziękowaniem, bo ” tak mu luźno z rodziną w tym wspaniałym, wielkim domu”.

Podobnie jest ze mną. Nie, ja tam nigdy nie narzekam na nasze z-wielkim-trudem-spłacane dwa pokoje. Ba, uwielbiam je! 1) Dają mi wymówkę, dlaczego Bromba śpi z nami (cienka ta wymówka, wiem, ale chociaż nie mamy pokusy „wyprowadzania” Bromby z łóżka lub pokoju 🙂 2) Są nasze. Nasze królestwo. Dom. Twierdza.

Ale wracamy do tematu.

Myślałam, że „taka jestem zajęta” i tyle mam na głowie. Bo cały dom – tylko ja (poza praniem, prasowaniem i pastowaniem podłogi), obiady, 5 posiłków Agaty, zakupy, zajmowanie się dzieckiem, własna mini-firma, jakieś pisanie tekstów i tłumaczenia.

A od kilku dni zajmuję się jeszcze dziadkiem, który dopiero co wyszedł ze szpitala. Dziadek i Bromba, razem: 83 lata, 5 nóg (2 małe, 2 duże i laska), 15 zębów (z czaego 11 Bromby) i tyle samo włosów na głowie do czesania (dziadkowe jaśniejsze). Bromba szybciej biega, ale dziadek więcej mówi. Jedzą to samo (zupka mleczna rulezzz), ale dziadek narzeka, że mu cukru i soli skąpię. No i nie może zrozumieć, po co ja tyle z tym dzieckiem na dworze siedzę i dlaczego BEZ CZAPKI. Dziadek bawi się z Brombą głośno pokrzykując „Da!da!aa!” albo „Pach! pach! pach!”, czym nieco straszy mi dziecko, zwłaszcza gdy jest niedospane. Ja kąpię Brombę, moja mama dziadka – ufff… przepraszam, ale nie wiem, jak bym sobie poradziła z kąpielą.

I choć kocham dziadka bardzo i wiem, że jeśli ja nie pomogę mamie w opiece nad nim, to nikt jej nie pomoże (cholera jasna, to też mnie wkurza! Moja sio!stra owszem, będzie pierwsza w kolejce obok dziadka, gdy pojawią się pieniądze, ale jeśli chodzi o opiekę, to co najwyżej przez telefon westchnie, że „ona pracuje” – nie to co ja, nie?) I chociaż rozumiem, że taka jest kolej rzeczy, że starość… i chcę pomóc, to… to nie mogę się doczekać, gdy wrócę do mojego małego z-trudem-spłacanego mieszkanka i docenię stan „bez kozy”. Trochę się tego wstydzę.

Ech.

A zatem dlatego właśnie zaniedbuję bloga. „Nie pracuję”, nie nie nie. Ja całe dnie leżę na solarium albo siedzę u kosmetyczki.

Kurtyna.

[ciekawe, czy po użyciu słowa "Żyd" tak wiele razy nie będę miała na blogu zintensyfikowanych odwiedzin jakichś antysemitów, skierowanych tu przez bezmyślną wyszukiwarkę ;)]

Read Full Post »

rozpraszacz

Jak jest coś do zrobienia, to można wyciągnąć wniosek (graniczący z pewnością), że wynajdę sobie tysiąc innych, pilniejszych rzeczy do zrobienia.

Wymówka. Moje drugie imię.

Właśnie powinnam pisać tekst do pewnego magazynu. Szansa. Zaakceptowali próbkę, jutro deadline na artykuł, który miałby iść do druku. A w głowie – pustka. Wiatr hula, wieje od ucha do ucha, nie napotykając na żadną przeszkodę w formie MYŚLI.

A dla mnie oczywiście ważniejsza nowa notka na blogu. Tylko o czym?

Miało być o tym, jak to – ku mojej radości wymieszanej z przerażeniem – z brombiańskiego narzecza wyłania się coraz więcej… słów. Albo czegoś na kształt naszych polskich słów, jakieś takie próby naśladownictwa, wyrazy poskładane z sylab, które Bromba potrafi wymówić oraz sylab, które jej wychodzą (same). Jest to proces za-chwy-ca-jący i muszę pilnować się, by nie zawiesić się w zachwycie nad tempem rozwoju dziecka 🙂

(Tak, jestem kolejną matką zwariowaną na punkcie własnego dziecka. Takie typowe… i takie naturalne 😉

No dobra, idę robić to, co mam robić. Wreszcie 🙂

Read Full Post »

Older Posts »