Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Blok dzieciowy’ Category

 

… macierzyństwo. Albo PR I .

Słuchanie Pierwszego Programu Polskiego Radia ma na mnie zły wpływ.

Gdyby nie to radio – nie usłyszałabym pewnie nigdy piosenki Ani Dąbrowskiej „Kiedyś powiesz mi, kim chcesz być”. Znacie? Mam nadzieję, że nie znacie. Koszmar – nie muzycznie (bo muzycznie to nie moja bajka, to się nie znam), ale tekstowo. Grrr.

W swej metaforyczności tekst na poziomie przepisu na biszkopt. W ogóle w klimacie biszkopta. Mientki.

I wiecie co?

Wstyd się przyznać…

Wzruszyłam się.

Boże, co to macierzyństwo ze mną robi? :>

No ale ten tekst o rowerze teraz, gdy nieśmiało zerkam w stronę rowerowych półek sklepowych… i ten tekst o mocnym trzymaniu – od razu widzę wielki biust Ani, a potem widzę siebie i Brombę, gdy stęskniona wtula się we mnie i kładzie rączkę na mojej piersi…

Bożżżż… w skali trywializmu daję tej piosence tylko 1 punkt mniej niż piosence córki Niemena o macierzyństwie (znacie? to dopiero „mamusine tany tany”…). Czy wkrótce nawet Natalia Niemen będzie mnie rozczulać?!?!

A cóż by powiedzieli moi wszyscy profesorowie od literatury, gdyby się dowiedzieli, jaki banał mnie rozczula? Panie Zychu i Panie Wiśniewski – pamiętam Norwida i pamiętam Audena, ale najmocniej Was przepraszam, po prostu się rozmienkciłam.

Dla nieznających tekstu – tu do poczytania, a pewnie na Jutubie można i posłuchać.

Tyle. Wieści z frontu może będą następnym razem.

Może.

Jak mi jaja odrosną i znowu będę nieco bardziej krytyczna 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Read Full Post »

zabiegi upiększające

Poradnik dla mam, tych pracujących w domu, z domu i w pracy zewnętrznej. Warunek tylko jeden: trzeba być mamą i mieć do dyspozycji dziecko. Najlepiej półtoraroczne.

Nawilżanie dłoni:

Po śniadaniu nieopatrznie zostawić na stole (u nas – na ławie) kawałek masła. Za mały, żeby starczyło na kanapkę, taki, co go się nie zauważa od razu i nie chowa do lodówki. Odwrócić się na kilka minut i ładować talerze do zmywarki. Dziecko w tym czasie nałoży sobie maseczkę z masła od czubków palców aż po łokcie. Nawilżenie i pełne natłuszczenie dłoni i paznokci gwarantowane.

Maseczka na twarz:

Zakupić dziecku kefir smakowy do picia. Nie czytać składu, bo głos się na głowie jeży! Przekonywać się, że lepiej jest kupić dziecku w sklepie taki kefir niż batona. Resztki kefiru postawić w domu na ławie (podpowiedź: świetnie nada się do tego miejsce, gdzie wcześniej stało masło). Ukrywając się za barkiem sprawadzić, czy dziecko daje sobie radę z samodzielnym piciem, czy od razu zalewa się od głów do stóp. Jeśli dziecko zda egzamin i kulturalnie wypije pierwszego łyka – odwrócić się i zająć pierdołami w stylu sprzątanie, obiad, praca. Po dwóch minutach spojrzeć na dziecko, jak zręcznie wylewa sobie kefir na dłoń i wciera maseczkę w skórę twarzy. Najpierw jedną ręką, a potem odstawia grzecznie butlę kefiru i zaczyna do procesu wcierania używać obydwu rączek. Zapamiętać, jak należy wykonywać okrężne ruchy dłońmi na policzkach, aby maseczkę równo rozprowadzić po całej twarzy.

Kuracja odżywcza na twarz:

Przygotować na kolację omlet na ubitych białkach z dżemem jeżynowym. Wsadzić dziecko do fotelika-karmika. Pokroić omlet w kwadraciki/romby. Dać dziecku widelec. Z radością patrzyć, jak dziecko nadziewa kawałki omleta i je ze smakiem. Z radością patrzyć, jak dziecko bierze kawałki omleta w łapki, nadziewa na widelec i zajada ze smakiem. Z radością patrzyć, jak dziecko zbiera dżem jeżynowy, rozciera w łapkach i wklepuje mamie w policzki. Witaminki dla naszej umęczonej cery na zimę podane!

Taaaaak. Znowu czuję się chora i przeziębiona, i głowa bolała, więc ugięłam się i wzięłam Apap – a jak się bierze środki p/bólowe raz na rusi rok, to się potem po Apapie chodzi happy i takie rzeczy pisze 🙂

Generalnie z okazji zbliżających się świąt chciałabym tu umieścić swoją krótką listę życzeń do Św. Mikołaja. Oto ona:

– worek pieniędzy.

Dziękuję 🙂

 

Read Full Post »

Pakowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie oraz jednoczesna opieka Brombą i gotowanie dla niej przerosło mnie logistycznie. Sajgon to przedszkole dla dzieci z dobrych domów w porównaniu z tym, co się działo na warszawskim Bródnie w piątek.

Wróciłam do domu w czwartek wieczorem i widok brudów zwisających z żyrandola zwalił mnie z nóg. Napaleni na romantyczny wieczór z J. olaliśmy sprzątanie i… romantycznie zasnęliśmy na kanapie. Przed telewizorem. Panie i panowie, oto rodzina Bundych.

W piątek rano śniadanie było z resztek z lodówki. Drugie śniadanie dla Agaty – też. I zupka z wcześniej zrobionego weka. Wpadłam też na genialny pomysł, żeby zaimpregnować sobie buty i – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn – zrobiłam to w łazience. Łazienka 2×2 m, ja nasmrodziłam, że hej; a zdychający wentylatorek nie dawał rady. No to siup: Bromba w gruby sweter i robimy przeciąg. W takim zimnie szalałam, dopakowałam nas, posprzątałam i modliłam się, żeby od chemii z impregantu nie wyrosła Agacie na plecach trzecia rączka.

Nie wyrosła – na razie, tfu, tfu.

Dziwnym trafem zdążyliśmy też na samolot (ale to tylko dlatego, że miał 40 min. opóźnienia).
Ale na lotnisku wcale nie było zabawnie.

Warszawa-Modlin, tanie linie, tania wykładzina i tania firma ochroniarska, która robi kontrolę. My z dzieckiem – wyjątkowo wzięliśmy wózek, żeby więcej rzeczy zabrać 😉 (tak, tak, skąpi też jesteśmy niczym rodzina Bundych i latamy zazwyczaj tylko z bagażem podręcznym :P). Najpierw J., z Agatą na ręku, a u Agaty w rączce – lala. Taka niezawielka szmacianka.
Ochrona: Pan się rozbierze. (J. się rozebrał) I dziecko (rozebrał). Pan przejdzie przez bramkę (Przeszedł. W tym czasie ja się rozebrałam i boso – kosz z ochroniaczami na stopy daleeeeko po drugiej stronie bramki – wyciągnęłam wszystkie rzeczy z wózka do prześwietlenia i złożyłam go.

Ochrona: Ale ten wózek się nie zmieści, już go Pani przewoziła?

Ja: Tak.

O: W całości był kontrolowany?

Ja: Nie, rozkręcaliśmy kółka.

O: Aha. No, to teraz Pani przejedzie z nim przez bramkę, jak już był kiedyś kontrolowany.

(No to idę. Ze złożonym wózkiem, jadę na 2 kółeczkach.)

Ochona do J: No ale jak Pan idzie?!? Sam, bez dziecka, do wózka go Pan wsadzi. (Wrócił. Chce wsadzić dziecko, ale wózek złożony, więc daje Brombę mi. Przeszedł.) A teraz z dzieckiem! (Wrócił, wziął dziecko, Agata już zdezorientowana i nieco niepewna). Ale bez lalki, co mi tu Pan! Lalka do prześwietlenia. (Podszedł, wyrwał Agacie lalkę i rzucił koledze do prześwietlenia. Agata w ryk, a ja prawie rzuciłam mu się do gardła. Oczywiście jełop cofnął mnie, pytając: Ale gdzie z wózkiem przez bramkę?! Cofnąć się!

Ja: Pana kolega mi kazał.

Ochrona: Ale jak to?

Ja: No tak to.

Ochrona: To Pani jedzie.

Ja: Przepraszam, dziecko płacze.

J. już zajął się dzieckiem, odebrał szybko lalę i pocieszył Brombę. A przy okazji poznał nazwisko przemiłego Pana, na którego właśnie piszemy skargę.

W lalce nie było bomby ani narkotyków, za to był płacz dziecka po jej odebraniu – bo mogliśmy zabrać ją spokojnie i prześwietlić, nie trzeba było wyrywać jej dziecku.

Za to na pokład (poza tą okrutnie niebezpieczną lalą) wnieśliśmy scyzoryk, składany nóż, zapalniczkę i 125 ml płynu w picioku dla dziecka oraz żywność (banan i kanapka dla A.).

Gratuluję modlińskiej firmie strzegącej bezpieczeństwa na lotnisku.

Read Full Post »

tatusia córka

Czworo przy stole: Bromba, J., babcia i ja. (Taaaa… taki skład już się kiedyś skończył wybiciem zęba ;). Bromba patrzy w sufit:

-Bo…bu-ooo – bo! Tam

Ja: Nie, kochanie, to nie jest niebo, to jest sufit.

Babcia: Su-fit, su-fit, powtórz.

J: Ale ona na żyrandol pokazuje. Agatko, powiedz: lam-pa.

Ja: Buhaha, jasne, akurat powtórzy! To za trudne, i „sufit” i „lampa”. Może jej się uda „nie-bo”. (Do Bromby) Powiedz, kotku: nie-bo.

Chwila konsternacji. Bromba rozgląda się:
„LAMPA!”

Bo to zawsze tak jest. Jedzenie z tatusiowego talerza najsmaczniejsze, zabawka od taty najfajniejsza i nawet ładowanie prania z tatą jest arcyciekawe. Ja jak zakładam pieluchę to wrzask i dramat jakbym rozżarzonym żelazem przypiekała, jak zakłada tata – to leży Bomba spokojnie i tą swoją ci*ką świeci.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie, oj nie ma 😉

Read Full Post »

Mała Duża

Noooo, kochne, depresja minęła ofkors zaraz po drugiej kawie, jak się wzięłam do roboty, a przestałam jojczyć i użalać nad sobą. Niemniej jednak miło było odebrać od Was kilka wirtualnych przytulasów i się pomiziać 😉

Posprzątałam i ugotowałam,  i w ogóle było cacy i superancko. Pewnie przez jakieś 2 godziny, zanim znowu się nie nabałaganiło i obiadu nie zjadło 😉 I zabawa od nowa. A nawet chłop stanął na wysokości zadania i nie wglanowywał mnie w ziemię, a tulił i pocieszał. Och, mniam. Oczywiście szczęście długo nie trwało i dziś mnie już bardzo rozczarował, ale to nie o tym opowieść.

Bo dziś będzie opowieść o mojej małej-dużej dziewczynce.

Ten jej ojciec (tak, tak, ten sam, którego kocham, choć się na niego gniewam trochę) kupił jej wczoraj namiot. Taki do domu. Generalnie ojciec ma zakaz kupowania zabawek jakichkolwiek, bo ja i tak już nie mam gdzie tego upychać, a poza tym zdarzyło mu się do domu przynieść wyjątkowe barachło 😉 Tym razem prezent uznałam jednak za fajny, choć mam pewne zastrzeżenia co do jego formy… Czy muszę pisać, jakiego koloru jest ten namiot? Jest RÓŻOWY. Róż oraz blady róż przeplatają się ze sobą i tworzą strukturę PAŁACU KSIĘŻNICZKI.

No żesz.

Ja nie mówię, że chciałam Brombę wychowywać transgenderowo. Nie, no aż tak stuknięta i aż tak trendy to ja nie jestem. Ale chciałam tego mojego Brombaka troszkę uwolnić od płciowych stereotypów… ale nie… to jest awykonalne, gdy Brutusem okazuje się najbliższa osoba!

Co gorsza, Bromba także jest zachwycona prezentem! Wpełźli tam obydwoje i szczerzyli swoje zęby. Wnieśli sobie do Pałacyku małe krzesełko i Agata udawała księżniczkę na tronie (tak mówił tatuś), a córa z zachwytem podziwiała RÓŻOWE ściany. Potem przyniosła sobie jeszcze szmacianą lalę. A dziś rano sama pobiegła do namiotu, zabrała dwie książeczki i zajęła się sama ich oglądaniem. (W zasadzie „czytaniem”, bo bełkotała w swoim narzeczu „tulti-tali-tidli-luli-laji-eeee”.)

A ja? Stałam w kuchni wzruszona i patrzyłam.

Moja Mała Agatka. Moja Dzidzia. Moja Dziewczynka. Duża Dziewczynka. Już Nie Dzidzia.

Rozwija się  w takim tempie, że wydaje mi się, że za kilka miesięcy zacznie mówić. A za rok pewnie opuści materiałowe (nb RÓŻOWE) drzwiczki i powie: „Mama, ja tu mam Sekret”.

I mnie nie wpuści.

Moja mała dziewczynka rośnie. I choć czasem nie wypuszczałabym jej z ramion i tylko tuliła, tuliła i tuliła, to nie pozostaje nic innego, jak tylko pozwolić jej na samodzielność.

Cieszę się więc każdym dniem, kiedy mogę całować ją w oczka i robić pierdziochy na brzuszku; cieszę się każdym pierdziochem, który ona zrobi mi, każdym palcem, który wyciągnie mi z zamkniętej dłoni, żeby iść ze mną za rączkę: kiedyś przyjdzie taki czas, że mi na to nie pozwoli. To piękne i smutne jednocześnie, prawda?

Read Full Post »

Łubu-dubu

Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup. Łubu-dubu! Ech, ech (odgłos podnoszenia się z wielkim trudem). Tup, tup, tup, tup, tup, tup, tup.

I tak przez cały dzień (sic!). Bromba uznaje tylko dwa sposoby przemieszczania się: bieganie i szybkie bieganie.

Matkoicórko. Przecież 2 tygodnie temu ona jeszcze nie chodziła! No, może 3 kroki, po wielkich zachętach. A teraz – odpycha moja rękę, bo ona sama, sama, SAMA! Nauczyłam ja (a raczej nie zaburzyłam naturalnego mechanizmu), że jak się przewróci, to jeśli nic poważnego się nie stało – to wstaje sama i pędzi dalej. „No time for tears, baby” 😉 Cóż, wyspecjalizowała się w tym tak bardzo, że czasem dopiero wieczorem podczas toalety odkrywam nowe siniaki i zadrapania.  Ma teraz obrzydliwe limo 2 cm pod prawym okiem, zdarta skórkę na palcu (oczywiście tym od „fuck”) na lewej ręce, siniora na lewym ramieniu, zdarte oba kolana i sine oba piszczele. Odnajduję te uszkodzenia ze zdziwieniem i zastanawiam się, kiedy powstały, skoro nie przypominam sobie lamentu. Obyło się bez łez nawet gdy wyszła z piaskownicy poprzez stanie na rękach i salto w przód przez barierkę 😀 Nie uroniła łezki, nie pisnęła i się nie złościła, gdy igła wyjmowaliśmy jej drzazgę z raczki – ba! Bromba sama potem przemywała rankę wacikiem z woda utleniona!

Płacze? Oczywiście sa i płacze… Jak np. dziś, gdy potknęła się o próg, przewróciła, szybciutko wstała i z rozpędu walnęła główka w ścianę. Nie widziała ściany  – nie zdażyła nawet podnieść główki, tylko od razu bieg i bum! Albo płacz, gdy mama nie pozwala wyjść na dwór – tak, gdy Bromba nie dostaje tego co chce, wtedy się burzy – ale widzę, że już coraz lepiej sobie radzi z takimi emocjami. Więcej rozumie. To zadziwiajace i szokujace – widzę, jak z dnia na dzień rozwija się intelektualnie, nie tylko ruchowo. Jak zaczyna rozumieć proste zdania; jak udaje, że nie rozumie, gdy nie che rozumieć. Jak fascynuja ja coraz bardziej skomplikowane zabawki; jak obserwuje, co i jak robia dorośli i jak to naśladuje. Jak stara się mi coś opowiedzieć, jak częstuje wszystkich rodzynkami, jak wręcza mojej znajomej kwiaty, które dopiero co zerwała…

Boże, jakie macierzyństwo jest piękne…

Nam te wszystkie „łubu-duby” przychodza z łatwościa. Ale jest taki fajny chłopiec, który na razie może tylko marzyć o tym, żeby biegać, męczyć się i robić „łubu-dubu”…

[Dzisiejszy wpis sponsorowała literka „A” {a z kreseczka}, której… nie mam. Wcięło ja, usunęło, język się przestawił lub nastapiła cicha i szybka reforma polskiej ortografii, o której ja nic nie wiem.. Zastępuję „A” {z kreseczka} zwykłym „A” {bez kreseczki}, przez co czyta się ten wpis jak wypociny półanalfabety, który ma problemy z deklinacja. A może i sa to wypociny, ale odmieniać umiem! :P]

Read Full Post »

grzeszki

Byłam Hitlerem. Dopóki Bromba nie skończyła roku – nie pozwoliłam jej ani razu na spróbowanie nieczego słodkiego. Zero cukru, nawet ziarenka. Nadal mam w sobie zapędy esesmana i nie uczę Bromby lubienia słodyczy, ani nie pozwalam na traktowanie słodyczy jako nagrody albo przekąski, ale… przymykam oko. Jeśli ja jem – ona też dostaje. Czasem zje, czasem pluje. Czasem pozwalam babci dać jej drożdżówkę albo ciastko. Albo zjeść serek waniilowy – taki kupny, słodzony. I do racuszków sypnę łyżeczkę cukru. I czekolady dam gryzka, i dam też polizać łyżeczkę z pianką z mojej kawy. Raz schowałam bombonierkę pod kanapę. Bromba znalazła, wyciągnęła i z głośnym „mniam, mniam” wpakowała sobie pralinkę do buzi. Smacznego, kochanie 🙂

Coca-cola. O, zgrozo! To wieeeeeelka miłość. Tak, wiem, jak to syf,a i tak Bromba zna jej smak. Widziałam, jak tata i babcia dawali po kryjomu po łyku, gdy pili. A kilka razy zgodziłam się na wlanie coli do kubeczka  – i pozwoliłam Brombie z radością wysączyć Colę przez słomkę. Nie zabraniam, nie złoszczę się, ale też nie proponuję. Owoc zakazany smakuje najlepiej, po co więc chować i udawać, że tego nie ma?

Bromba jadła też frytki, boczek, krowie mleko i wiele innych zakazanych przysmaków. Generalnie: zawał dla pediatry. Raczej staram się pilnować, żeby było zdrowo i różnorodnie, ale już nie popadam w obsesję „Zero Cukru i Zero Soli”. Daję do spróbowania. Bardziej staram się pilnować mnie i J. – bo przecież w rezultacie Brombak i tak swoje nawyki… skopiuje od nas.

Telewizja. Też już  nie jestem Hitlerem. Sztandar „Dziecko w pokoju= wyłączony telewizor” odstawiłam do kąta. Praktycznie nie oglądam, ale jak mam chęć się pośmiać, to włączam „Jak poznałem waszą matkę” i robię swoje (np. obiad), a Bromba bryka po pokoju. Średnio ją interesuje. Bardziej była zafascynowana migającymi obrazkami, gdy była mniejsza i był całkowity zakaz na tv. Kupiłam jej nawet Teletubisie, ale na razie nie puszczam. Może za kilka miesięcy. Może… Ciągle mam przed oczami dzieci z domu, w którym był dla dzieci (4 i 6 l.) zakaz oglądania. A gdy przez przypadek gdzieś widziały włączony telewizor: pełna hipnoza, nic na świecie już się nie liczyło…

Kolory. Parę dni temu znajoma zapytała: „A ile kolorów rozpoznaje Agata?” „No… a ile jest? 12 tysięcy?”

„Ale jak powiesz nazwę koloru, to ile prawidłowo wskaże? Moja Natasha to już 6 w tym wieku rozpoznawała.”

„A nie wiem 😀 Nie tresowałam jej jeszcze w tym kierunku :D”

 

Tak, tak.

Ja, grzeszna matka, pozwalam na takie rażące przestępstwa i zaniedbania. I do tego za mało dbam o kreatywny rozwój dziecka, bo nie bawię się w kolory. Co więcej – czytać jej też jeszcze nie uczę! Ani liczyć!

Tylko kochać i przytulać uczę w swej rozwydrzonej grzeszności 😀

Read Full Post »

Older Posts »