Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Bez kategorii’ Category

zamykam bloga :)

Pora przerwać tę przedłużającą się agonię i po prostu zamknąć ten interes 🙂

Chyba po prostu wyczerpała się koncepcja tego bloga. Miało być życiowo, nie-różowo, może śmiesznie… takie „dzieciozmagania” miały być. Tymczasem nazwa „dzieciozmagania” już dawno ukradziona, śmieszna to chyba jestem tylko sama dla siebie, a różowy staje się ulubionym kolorem Agaty. Cóż, taki lajf.

Agata dziś rano stwierdziła, że chce iść do dzieci i sama założyła buty (będąc jeszcze w piżamie), stanęła pod drzwiami i czekała, czy pomogę jej z tą kurtką czy nie…Pewien etap w moim życiu się zakończył. [Dzieciozmagania trwają nadal, ale czy to naprawdę zmagania, czy po prostu rozkosze i męki rodzicielstwa…? ;)]

Już założyłam innego bloga, pod innym nickiem, na innym serwisie… Może potrzebuję miejsca, gdzie będę tylko wylewać frustracje, może tylko dziennika osiągnięć Agaty… A może wreszcie napiszę książkę, zamiast bloga.

Dziękuję wszystkim, którzy czytali, szczególnie dziękuję tym, którzy komentowali… wow. Miło było Was spotkać. Życzę Wam wszystkiego dobrego, spotkanie z Wami to była przyjemność i zaszczyt!

Do zobaczenia na żywo lub… pod innym adresem! 🙂

[Nie, nie kasuję bloga – nie pozwala mi na to moja próżność :P]

Reklamy

Read Full Post »

a teraz tęczowo

No dobra.

Jestem. Nie piszę, bo nie mam czasu podrapać się w pupę, a co dopiero napisać coś na własnego bloga. No ale jak każdy niewydarzony pisarzyna grafoman – pisać muszę. Więc oto i mój kolejny come back.

Od czego by tu zacząć? To tak w skrócie:

Były święta, zrobiłam Wigilię u siebie. Dumna z siebie jak paw, ale oczywiście na nikim poza mną i J. nie zrobiło to wrażenia. Moi rodzice uznali, że to normalka (no bo pewnie sypię z rękawa tym karpiem w galarecie). Co innego, gdyby Wigilię zrobiła moja siostra, ooooo, wtedy to by uważali, ze podgrzanie pierogów w mikrofali to najwyższa szkoła kulinarnej jazdy. A mama Jacka z kolei obraziła się, gdy ją odwieźliśmy do Łodzi i chciała zwrotu pieniędzy za ugotowanie bigosu…

Bez komentarza.

Pozytywy: dużo czytałam przez ten czas, bo dużo chorowałam. Efekt jest taki, że mam zrujnowaną odporność i wzbudziłam litość u pewnej lekarki 😉 A Agata zdrowa i jej nic nie rusza 😉

Z J. generalnie tak dobrze jak dawno już nie, naturalnie poza momentami, kiedy mam ochotę go zabić 🙂

A Brombak? Z ust wychodzi jej coraz więcej słów. Budzą się instynkty społeczne. Jest śliczna i… wydaje mi się, że inna od większości dzieci, a na pewno od synka znajomych, od których właśnie wróciliśmy. Jest taka… spokojna. Ale nie w sensie, że brak jej energii, tylko po prostu jest… wyciszona. Zabawa to nie tylko wrzask i rzucanie klockami.

Namierzyłam dla niej Klubik i już trzęsę się na myśl o tym, że mam ją zostawić w obcych rękach, choć plan jest taki, że stopniowo, na 2 godz. 2 x w tyg, potem co raz częściej.

Pfff… i tyle. Kończę nudną notkę, bo szkoda strzępić klawiaturę. Jak wpadnę na dobry topic, to będę pisać.

Całuski.

Cukiereczki.

Ciasteczka 😉

 

 

Read Full Post »

Czarno i czarniej…

„Trzy Miłości” Okudżawy – kto nie zna rosyjskiego, niech żałuje, bo ucieka sens…

Dlaczego ten klip?
Bo tak…

Read Full Post »

zmiana czasu

Cóż za debil jerychoński wymyślił te zmiany czasu?

Że niby godzinę dłużej śpimy? Ale to chyba nie rodzice toddlera!

Tak myślałam jeszcze wczoraj wieczorem, gdy pozwoliłam Brombie szaleć wieczorem (w nadziei, że dłużej pośpi). I co?

O, Allahu, dzięki! Spała do 9! (Starego czasu, czyli 8 nowego, a to i tak dłuuuugo 🙂 W nocy naturalnie 2 pobudki (lux! :D), i to nic, że się zasikała po pachy jak nigdy. I pościel mi zasikała – to nic. Ważne, że… czułam się wyspana! 😀

Nieważne, że niskie ciśnienie sprawiło, że musiałam się szybko ratować kawą; ani że musiałam przekonywać mamę, że wizyta gości wcale nie znaczy, że ma robić za ich służącą; ani że dziadek blady jak ściana z ciśnieniem 60/30 (sic!); ani że nie wiem, gdzie w tym zdaniu powinny być przecinki.

Ważne jest chwilowe szczęście, mina Bromby na widok śniegu i jazda na sankach (a kto już jeździł na snach w tym roku poza mną, hę? :>), ciepłe słowo od J. mimo nieporozumienia wczoraj. To się liczy!

Jak to niewiele

Read Full Post »

Nie

Jestem właśnie po lekturze Bloga Pani Idealnej, której dziecko ani razu nie zachowało się nie tak, a nawet jak odrobinkę zboczyło ze swojej doskonałości, to zaraz perfekcyjnymi i Jedynymi Słusznymi metodami wychowawczymi owa Idealna Pani naprowadziła je na prawdziwą drogę.

Boże, jak ja nie znoszę takich ideałów. Z zazdrości, of kors :> Bo np. moja Bromba pół dnia biegała dziś z gołą pupą, bo odmówiła założenia pieluszki. I żadne tam cudowne Jedyne Słuszne metody nie zadziałały. Zatem postanowiłam rozpuścić moje dziecko już całkiem i… daj jej biegać z gołą pupą. A co.

[Sama chętnie bym nago pobiegała po domu 🙂 Ale takie cuda to dopiero, jak dzieć na tyle dojrzeje, żeby spędzić noc u dziadków, a Przykładna Mama z Przykładnym Tatą zmienią się w parę zboczeńców. Czyli za 16,5 roku, bo do 18 Bromby to się może uda…]

Wkurza mnie to, że nie jestem doskonała i popełniam błędy wychowawcze i jednocześnie wmawiam sobie, że chcę to olać, bo nie ma matek idealnych, a wiele jest tylko internetową kreacją, bla, bla, bla… Ale zawsze chciałabym Agacie dać to coś… coś naj. Nie dobrego, nie super, tylko NAJ. Bo moje dziecko zasłużyło.

Tymczasem… Agata uwielbia zabawę lalką bez nogi. Lala typu bobas, jeszcze po mnie – no i ząb czasu sprawił, że odpada jej noga. Zatem lala albo jest jednonożną kaleką, albo nosi majtającą się nogę w rajstopkach. A dziś to już w ogóle Bromba bawiła się… samą nogą, próbując założyć jej kapcie. A potem chodziła na dwóch swoich (w tym jednej z kapciem) i podpierając się trzecią, lalkową (również z kapciem). Była mega złość, gdy kaleka lala bez nogi nie chciała usiedzieć prosto przy stoliczku i nie wzięła do ręki kredek. I mega MEGA złość i foch, gdy mama nie pozwoliła naprawiać lali nożem. I co? Powiedziałam dziecku, że kocham (zlewka), że widzę, że się złości, że lala nie umie tego i owego (nadal zlewka), że nóż jest ostry i można się skaleczyć (mina: no to co???) i przytuliłam (odpychała mnie). I co? I… nic. Złość, gniew i łzy. (I moje łzy też, ale ja nie mogę ich pokazać). Mówię, że rozumiem, że człowieka czasem ogarnia taka złość, że go przerasta. I dopiero wtedy, po chwili rozpaczy, gdy ta złość już była tak duża i rozrośnięta, że nawet Agatka zapomniała już o co chodzi – przyszła się moja mała przytulić.

To są okropne chwile.

Czasem od razu Gagat biegnie się tulić i pocieszać, a czasem w chwili złości jest tak na NIE, że nas (mnie, J.) odpycha. Tyle uczuć, tyle emocji…

A mi czasem po prostu nie wychodzi, nie jestem perfekcyjna, pracująca, blogująca, dzieckiem-się-doskonale-zajmująca-i-w-życie-aplikująca-Jedynie-Słuszne-metody i bóg-wie-co-jeszcze-robiąca.

Nie.

I nie wierzę tym wszystkim zbyt idealnym 😛

Read Full Post »

W życiu bym nie pomyślała, że pierwszym słowem mojego dziecka spoza standardu „mama, tata. baba” będzie… kapeć. A w zasadzie kapcie, w liczbie mnogiej: w narzeczu bromiańskim „kap-kap” albo „kap-tje”.

Rano, po przebudzeniu 2 rzeczy są ważne: 1) „mimimimimimimi” – czyli mleko mamy i 2) „kap-kap-kap”. Rzuca się i je sobie  przynosi; jak jej nie chcemy założyć, to jest foch i sama próbuje. A jak łaskawie rodzice założą „kap-kapki” dziecku, to dziecko przynosi ich „kap-kapy”, ściąga kołdrę i każe wstawać. Tatuś już raz dostał kapciem w nos, bo udawał, że nie widzi, jak Brombak przynosi jego kapcie i kładzie na kołdrze.

Dni mijają bezlitośnie szybko i nie nadążam nawet spisywać wszystkich ekscesów Bromby. Ale jak czas ma się dłużyć, gdy w tym małym łebku rodzą się coraz to nowe pomysły? Dziś np. dowiedziałam się, że mam jeszcze w szafce woreczek soi i prażonego ryżu. Z dwóch atrakcji Bromba oczywiście wybrała twarde jak kamyczkki nasiona soi. Prażony ryż jest dla mięczaków, bo rozpuszcza się w buzi. Bromba, jak każda baba z jajami woli twardą grę z twardymi zasadami. Ziarna soi pięknie toczą się po podłodze, i odbijają od niej i od szafek i podskajują – szczególnie jak się całymi garściami sypie tymi ziarnami w różne strony, wiedzieliście? Ja nie wiedziałam. Ale już wiem.

Szczerze? Trochę mnie wmurowało, jak rzuciła pierwszą garść. Burdel od razu, choć nie tak wredny, jak ten po mące. Zabierać, zabraniać? Ale dlaczego? Niech się uczy, to akurat bezpieczna zabawa i dla zmysłów rozrywka. Stałam tak, patrzyłam na kolejne garście soi rozsypywane po podłodze i zorientowałam się, ze coś gryzę. Uff, to marchewka. Ale skąd ona? Z podłogi? Dzisiejsza? Chyba nie, nie było dziś zupy… przypomniało mi się jak ostanio znalazłam nadgniwające jabłko w szafce z garnkami (Agata łapie i chomikuje niektóre produkty w dziwnych miejscach) i mnie zmroziło… ale ta marchewka świeża w smaku… i olśnienie! SURÓWKA, uff…

Soja się wreszcie skończyła i miałam całą podłogę pokrytą maleńkimi kuleczkami i Brombę pośrodku. Dobra, sprzątamy, bo źle się gotuje, gdy z każdym krokiem trzeba rozgarniać ziarna soi spod stopy (aj, uwierają!), a jeszcze mi się dzieć pośliźnie  i wyrżnie główką w twardą podłogę – jak na kreskówce. Albo ja wyrżnę – to nawet bardziej prawdopodobne. Próbuję zamiatać, ale każde poruszenie soi szczotą Bromba uznaje za zaproszenie do nowej zabawy. Daję jej torbę. Hm, no wkłada ziarenka z powrotem. Ziarnko po ziarnku. Powolutku, bo te ziarenka przecież takie śmieszne. Gdyby była Kopciuszkiem, to na bal by nie dojechała… Na szczęście pamięć i uwaga Bromby są jeszcze na poziomie złotej rybki – i trwają 120 sekund 🙂 Znudzona ostatecznie Bromba pozwala mi pozamiatać, choć to też nowa super zabawa, więc ona przynosi sobie taką małą zmiotkę i mi „pomaga”. Ja zamiatam w jedną, ona w drugą stronę. A soja leci w trzecią. Normalnie skaczą te ziarna jak piłeczki, toczą się i toczą, we wszystkie strony… do reklamy Sony bravii powinni byli użyć kolorowej soi zamiast kuleczek…  Wreszcie udaje mi się zamieść soję (na kolanach – ajć, boli!). Wsypuję ziarna do torebeczki i chowam do szafki. Niech sobie Bromba ma na następny raz 🙂 W szafce stoi już kasza gryczana, ale w woreczkach – dopiero jak Bromba je rozerwie i wymiesza z soją, to będzie z niej prawdziwy Kopciuszkek 🙂

—-

Wpis dedykuję wszystkim matkom, które pomyślały „no to po co jej pozwalasz bałaganić?” Odp. Dla funu, dla zabawy, dla rozwoju. Wolę to niż Fiszerszajs.

Oraz druga dedykacja, dla mam, które pomyślały: „Jak będziesz miała 2/3/4/… dzieci jak ja, to już cię to nie będzie bawiło”. Odp. Ale kiedyś też miałaś jedno 🙂

Read Full Post »

toddler

Język polski ma ogromną ułomność – nie ma w nim słowa „toddler”. Małe dziecko? Zbyt ogólnie. Niemowlę, „dzidzia” – już nie. A jak powiedzieć po polsku, że mam chodzącego rozbójnika, ale jeszcze nie przedszkolaka? Hm? Any ideas? Dlaczego język polski nie wykształcił takiego słówka. Brak potrzeby?

Wracam z Brombą do domu po 20, spotykam sąsiadkę na klatce. Gadu-gadu o pogodzie, Maryni pośladkach i dzieciach. Sąsiadka kończy, kiwając głową ze zrozumieniem:  „No to jeszcze butla i spać!”. Hm… No właśnie.

Jestem ogromnym zwolennikiem niektórych metod wychowawczych (np. długiego karmienia piersią), ale naprawdę daję ludziom (czyt. innym matkom) wolność i nie indoktynuję ich przy każdej możliwej okazji. Gdy ktoś zapyta – grzecznie odpowiem. Wypowiem się o SOBIE I O BROMBIE. I tyle.

Ale w takich momentach jak dziś pod klatką zaczynam się zastanawiać. Walczyć o honor kp? Jak mówię, że Bromba nie jada z butli, to wzbudzam zaciekawienie, ale jak dodaję, że mleko to ona głównie z piersi pije – to zdrowe zaciekawienie zamienia się w takie w stylu „o, cyrk do miasta przyjechał”.

I wkurza mnie to, bo właśnie kp, a nie butla, powinno być traktowane jako oczywista oczywistość! Bo to kp jest naturalne, nawet, gdy karmi się „toddlera” (sorry, no nie znam na to słowa po polsku)!

W naszym kraju dla toddlera normalna jest butla i taki obrazek: mama, babcia i chłopiec (2-2,5 l) na placu zabaw. Chłopiec próbuje wdrapać się na zjeżdżalnię, w tym momencie babcia wciska mu do buzi łyżeczką skrobane jabłuszko. Ło matko, toż to duże dziecko i wcale nie trzeba żadnego człowieka ganiającego  z żarciem podczas zabawy! No ale dobra, co mi tam. Mijają 2 minuty, mama zmienia pieluszkę (z głośnym komentarzem, a jest KUPA – więc jest co komentować), a babcia w tym czasie wtyka wnuczkowi łyżeczką kolejny posiłek. Ble, ble, i jeszcze raz BLEEEE!

W telewizji na TVNie ładna aktoreczka (blondynka, zapomniałam nazwiska) prowadzi program dla zagubionych rodziców „Na start!”. Włos mi się na głowie jeży i cieszę się, że go nie widziałam, gdy naprawdę byłam zagubiona… Porady dietetyczne od dietetyka znanego producenta mm oraz porady w stylu „jak odłożyć dziecko, nauczyć go jak najszybciej samotnego zasypiania, samego spania i samodzielności”. Ładnie ubrane dzieci w ładnych domach z ładnymi zabawkami, ładnymi butelkami i ładnymi smoczkami, w ładnych wózkach. Generalnie standard naszej kultury. Nikt nie słyszał, że można inaczej. Zero miejsca na intuicję… heh, ciekawe jak przez tysiąclecia rodzice sobie bez niego radzili.  Ok, ok, przyznaję, że mówią też o miłości do dziecka – za to pochwała.

Wszystkie te dzisiejsze scenki z udziałem toddlerów sprawiają, że… że chyba jednak zrobię „coming out”. Ujawnię się.

 

Read Full Post »

Older Posts »